Wykład prof. Grodziskiego

Obrazek do tekstu

Wykład profesora STANISŁAWA GRODZISKIEGO wygłoszony 2 maja 1993 roku w Sali Posiedzeń Sejmu podczas uroczystych obchodów 500. rocznicy ukształtowania się Sejmu Polskiego

Począwszy od XVIII w. do naszych lat niemal czekał na obiektywną ocenę. Nie mógł być inaczej niż krytycznie traktowany przez dworską naukę Petersburga, Berlina i Wiednia, która służąc absolutyzmowi, doszukiwała się w nim samych wad. Nie zawsze mógł liczyć na obronę ze strony nauki polskiej, skłonnej do upatrywania w nim jednej z istotnych przyczyn upadku Rzeczypospolitej. Oparty na zasadzie stanowej. Sejm polski był reprezentacją szlachecką. Z tego powodu też spotykały go w nauce — aż do naszych czasów — zarzuty, bo choć parlamentaryzmy innych krajów także były stanowe, to przynajmniej zasiadali w nich reprezentanci miast względnie szerokiego „stanu trzeciego". Choć są to zarzuty uzasadnione, to nie należy jednak zapominać, że liczebność stanu szlacheckiego w Polsce w porównaniu z innymi krajami była tak znaczna, iż Sejm szlachecki stanowił reprezentację niemal 10% społeczeństwa ziem etnicznie polskich. W ustroju francuskim dopiero w czasach „monarchii lipcowej", to jest w latach 1830-1848, a w ustroju angielskim po reformach Charlesa Greya z 1832 r. osiągnięto podobny stopień reprezentacji, bo choć przełamano tam wiele ograniczeń stanowych, to obowiązywały wysokie cenzusy majątkowe.

Jakie mamy podstawy do tego, by mówić o pięćsetleciu polskiego parlamentaryzmu?

Kiedy w latach pięćdziesiątych naszego stulecia podjęto szeroko zakrojone prace badawcze poświęcone Millennium państwa polskiego, 963-1963, wyniki tych prac dowiodły, że uroczystości tysiąclecia obchodzimy za późno; państwo polskie istniało bowiem znacznie wcześniej, zanim pojawiło się na arenie dziejowej i poczęło odgrywać aktywną rolę w Europie. Podobnie rzecz się ma z pięćsetną rocznicą polskiego parlamentaryzmu. Stan badań pozwala bowiem na stwierdzenie, iż o istnieniu tej instytucji mówić można już wcześniej.

Od razu więc należy dokonać zastrzeżenia: mówimy o zjawisku węższym, pięćsetleciu Sejmu polskiego. Ograniczamy tym samym temat, pozostawiając na uboczu problematykę średniowiecznych wieców, zjazdów szlacheckich, genezy i roli rady królewskiej.

Instytucje ustrojowe, wyniesione z czasów rozbicia dzielnicowego, nie mogły już dobrze służyć zmieniającym się stosunkom społecznym; podlegały więc ewolucji, wymuszanej od góry przez władzę monarszą, od dołu przez nacisk społeczny. Utrzymały się wiece, które radziły o sprawach swojej ziemi, pojawiły się wiece względnie zjazdy całych prowincji (Wielkopolski i Małopolski), powstały zjazdy ogólnopaństwowe. Kiedy w XV w. dla tych ostatnich utarła się nazwa sejmu, zjazdy prowincjonalne i ziemskie nazywać poczęto sejmikami."

Powoli stabilizował się ich skład. W Sejmie uczestniczyła przede wszystkim rada królewska: arcybiskupi, biskupi, wojewodowie, kasztelanowie i kilku najwyższych dostojników dworu królewskiego. Przybywali też na Sejm niżsi urzędnicy ziemscy, przedstawiciele miast i kapituł. Wypowiedzi panów, którzy zajmowali miejsce bliżej tronu, miały oczywiście większe znaczenie; jeszcze w drugiej połowie XVI w mawiano, iż głosy należy nie tyle liczyć, co ważyć (non tam numerare, quan, pondere).

Na sejmikach prowincjonalnych, które nieraz uzgadniały niędzy sobą stanowisko i tym samym stawały się równorzędne sejmom, uczestniczyli miejscowi dygnitarze z wojewodami na czele, dalej szlachta piastująca urzędy ziemskie, ale i szlachtę nieurzędnicza, wiedziona ciekawością i chęcią zdobycia znaczenia. Podobnie było na sejmikach ziemskich.

Sejmiki te w przywilejach nieszawskich z 1454 r. zdobyły sobie zapewnienie, że bez ich zgody król nie będzie stanowił nowych praw. Szlachcie bowiem już od paktu koszyckiego z 1374 r. obdarzonej szerokimi przywilejami służyła zasada, iż co dotyczy wszystkich, przez wszystkich winno być aprobowane odomnes tangit, ab omnibus approbari debeat). Piękna ta zasada legła u podstaw późniejszego rozwoju parlamentaryzmu polskiego; uściślała ją reguła nic nowego o nas bez nas (nihii novi de nobis sine nobis).

Realizacja tej zasady w praktyce okazała się niemożliwa. Nawet na sejmikach ziemskich nie gromadziła się nigdy cała szlachta danej ziemi; tym bardziej nie mogło się ona gromadzić viritim na sejmikach prowincjonalnych i — oczywiście — na Sejmie. Tworzyło się więc przekonanie, iż ci, którzy na sejmik przybyli, reprezentuje także nieobecnych. Stąd już krok do uznania za regułę, że ci, którzy przybyć nie będą mogli, przekażą swą opinię jadącym, ich zatem posłom. Kroi; za krokiem, w drodze zwyczaju, rozwijała się zasada reprezentacji.

Cóż nowego zdarzyło się w 1493 r., co pozwoliło uznać tę datę za istotną?

Jan Olbracht, wstępując w 1492 r. na tron, nie szedł w ślady swego ojca Kazimierza, który nieraz obradował ze swą radą, aby potem rc zjeżdżać po sejmikach Olbracht zwołał najpierw sejmiki w ziemiach i województwach oraz przedłożył im swe życzenia, zwłaszcza podatkowe. Następnie zwołał dwa sejmiki prowincjonalne małopolski i wielkopolski. Wreszcie zwołał Sejm, na 1. stycznia 1493 r. do Piotrkowa. Ta sekwencja działań okazała się słuszna. Stanowił więc Sejm, prócz króla, który odgrywał rolę inspirującą i kierowniczą połączenie dwóch czynników: rady królewskiej (która z czasem przybierze nazwę Senatu) oraz Izby Poselskiej, złożonej z posłów od sejmików. Jeśli uprzednio zasiadali oni jako „młodsi" (juniores) wśród „starszych" (senatores) w radzie, niezbyt zresztą chętnie tam widziani, to — według wszelkiego prawdopodobieństwa — od tego czasu datuje się oddzielenie i wyodrębnienie Izby Poselskiej. Nie jest też przypadkiem, że od tej daty zachował się nieprzerwany ciąg ustaw sejmowych.

Pogląd, że dobiegło obecnie 500 lat — nie parlamentaryzmu, ten jest bowiem starszy, ale Sejmu polskiego — ma swoje uzasadnienie. Ujmując problem porównawczo, będzie to uzasadnienie nie słabsze, niż data roki 1265, uznana za początek parlamentaryzmu angielskiego (podstawą jest dlań „Wielka Karta Wolności” z 1215 r., ale dopiero w 1265 r. powołano do obrad przedstawicieli miast). Da się ją zestawić z datą roku 1302, to jest początkiem Stanów Generalnych we Francji, kiedy król Filip IV Piękny zwołał przedstawicieli szlachty, duchowieństwa i miast, by poparli go w sporze z papieżem Bonifacym VIII. Jest na pewno równorzędna dacie 1489 r. w dziejach niemieckiego Reichstagu, kiedy powołano doń przedstawicieli miast i z czasem ustaliła się jego wewnętrzna struktura.

Następne sejmy za panowania Jana Olbrachta i Aleksandra utrwaliły tryb działania i umocniły powagę Sejmu. W 1505 r. przyjęto zasadę, iż odtąd nic nowego (nihil novi) co by dotyczyło praw i wolności oraz ciężarów publicznych, nie może być stanowione inaczej, jak za wspólną zgodą króla, Senatu i Izby Poselskiej. Wtedy też ustalił się szlachecki skład Sejmu. Wprawdzie zasiadali w Senacie duchowni, ale już od XV w. wyższe stopnie hierarchii kościelnej opanowane zostały przez szlachtę. Utracili znaczenie reprezentanci miast, nieliczni zresztą.

Przez długie wieki tryb działania Sejmu określał zwyczaj oraz nieliczne normy regulaminowe. Sejm zwoływał król; było to jego prerogatywą osobistą tak ważna, że gdy zaszła potrzeba odbycia go podczas bezkrólewia, zatem bez decyzji i obecności monarchy, nadawano mu nazwę „konwokacji". Od 1573 r. weszła w życie zasada, iż Sejm zwyczajny, czyli „walny", odbywał się co dwa lata i trwał sześć tygodni; Sejm nadzwyczajny, czyli „ekstraordynaryjny", zwoływany był w razie nagłej potrzeby, na przykład dla podjęcia uchwały o pospolitym ruszeniu, i trwał dwa tygodnie. Król określał miejsce obrad; odbywały się one w Piotrkowie, Krakowie lub innych miastach, a po Unii Lubelskiej (1569 r.) najczęściej w Warszawie.

Najpierw zwoływał król sejmiki, zwane przedsejmowymi. Wysłuchiwały one odczytywanego im listu, czyli legacji królewskiej, w której król określał główne zadania, stojące przed Sejmem. Następnie sejmiki wybierały posłów, początkowo dwóch, potem aż do sześciu, i uchwalały im instrukcje. Ci posłowie, a z nimi spora garść szlachty, zjeżdżali się na sejmik prowincjonalny w Kole dla Wielkopolski, w Korczynie dla Małopolski, w Słonimiu lub Wołkowysku dla Litwy. Uzgodniwszy politykę w skali całej prowincji, udawała i się następnie na Sejm.

Trzysta lat parlamentaryzmu pierwszej Rzeczypospolitej nie pozo stawiło po sobie żadnych pomników architektonicznych. Próżno szukalibyśmy w miastach takich, jak Środa, Szadek, Łęczyca, Radziejów, Proszowice, Opatów, Urzędów, w których od XV w. odbywały się rozmaite sejmiki, czasem po kilka razy do roku, specjalnych gmachów wystawionych i urządzonych na użytek obrad. Nie powstały one także w Piotrkowie, Krakowie, Warszawie, Grodnie, gdzie zbierał się Sejm. Sejmiki bowiem obradowały w kościele farnym lub —jeśli pogoda zezwalała — pod gołym niebem, na przykład na przykościelnym cmentarzu. Sejmy odbywa y się na zamku królewskim i w katedrze. Podkreślić należy, iż takie miejsce obrad nie pozostawało bez wpływu na powagę, ton i formę wypowiedzi — nawet w czasach głębokiego kryzysu polskiego sejmowania

Sejm rozpoczynał się od uroczystego nabożeństwa (brali w nim udział wszyscy senatorowie i posłowie, bez różnicy wyznania) i w tej samej nawie kościelnej, po nabożeństwie, odbywało się powitanie króla przez posłów. Kanclerz w imieniu monarchy objaśniał, czego król od Sejmu oczekuje. Dalej zabierali głos senatorowie, wygłaszając swoje vota.

Następnie posłowie opuszczali kościół. Król z Senatem zostawali na miejscu, by obradować głównie nad sytuacją międzynarodową i odbywać sądy sejmowe. Posłowie zaś, w osobnym pomieszczeniu, obierali marszałka (po Unii Lubelskiej powstała zasada, że gdy na jednym Sejmie marszałkiem był Polak, to na drugim obierano Litwina), dokonywali tak zwanych rugów, czyli kontroli mandatów, i przystępowali do obrad. Ich porządek podsuwała królewska legacja, ale nieraz burzyły go instrukcje poselskie. Gdy przychodziło do spraw wielkiej wagi, posłowie szli do Senatu i obie izby obradowały razem.

Do połowy XVI w. językiem obrad była łacina. Z czasem słychać było coraz częściej polski, ale łacina całkiem nie wygasła. Miała ona istotne z łączenie: oto po Unii Lubelskiej Sejm Rzeczypospolitej nie narzucał Litwinom ani Rusinom języka polskiego. Jeśli się on z czasem w obradach upowszechnił, to nie dlatego, by był urzędowo narzucany, lecz że był łatwiejszy do opanowania od łaciny.

Po zakończeniu obrad Izba Poselska wracała do Senatu. Parę dni zajmowało konkludowanie podjętych uchwał. Żegnano króla, uczestniczono w nabożeństwie kończącym Sejm.

Owe kilka ostatnich dni gorączkowo pracowała uprzywilejowana królewska drukarnia. W formie poszytu drukowano teksty uchwalonych przez Sejm norm, a więc konstytucji sejmowych lub uniwersałów podatkowych. Tekst taki, opatrzony królewską pieczęcią, wręczano posłom od każdego sejmiku. Na powracających posłów oczekiwał już sejmik zwany relacyjnym, na którym odczytywano ustawy i obradowano nad ich wprowadzeniem w życie. Następnie tekst deponowano w grodzie, gdzie każdy mógł się zapoznać z jego oryginałem lub odpisem.

W praktyce tego systemu wiele zależało od kultury politycznej parlamentarzystów, a w ostatniej instancji — od mas szlacheckich, uczestniczących w sejmikach.

Posłowie bowiem byli reprezentantami sejmiku, a nie całej Rzeczypospolitej. Stąd konsekwencją zasady quod omnes tangit, ab omnibus approbari debeat była też zasada jednomyślności.

W Sejmie zazwyczaj nie potrzebne było głosowanie. Obrady w Senacie konkludował król, decydując nie według liczby, lecz wagi wypowiedzi — zgodnie z wspomnianą zasadą głosy należało non tam numerare, quan, pondere. Ale i w Izbie Poselskiej głosowanie nie było konieczne. Podstawą całego palskiego parlamentaryzmu epoki „złotego wieku" było „ucieranie" stanowisk, aby drogą dyskusji dochodzić do jednomyślności. Wzywał do niej marszałek sejmowy, powtarzając za Salustiuszem: Concordia res parvae crescunt, discordia maximae c'ilabuntur (zgodą rosną rzeczy małe, niezgodą wielkie upadają). Zasada jednomyślności miała swe źródło w przekonaniu, że normy prawne, jednomyślnie uchwalone, powszechnie też będą szanowane, czyli nie trzeba będzie rozbudowywać dla nich aparatu represji. Było to, niestety, oczywistą utopią.

Zasady tej nie wolno było łamać z innego, ważniejszego jeszcze powodu. Oto za protestem niewielkiej choćby grupy posłów kryć się mogło odrębne zdanie Litwinów, Rusinów czy Niemców w Prusach Królewskich oraz, co nad;r istotne, prawosławia czy wyznań reformowanych w stosunku do katolików. Rzeczpospolita te odrębności szanowała.

Mimo obowiązywania tak rygorystycznej reguły Sejm — do połowy XVII w. — obradował dość sprawnie. Nie tylko na skutek „ucierania" mądrych kompromisów. Jeśli jakiejś opozycji nie dało się przekonać — posłowie stali wiernie przy swym odrębnym zdaniu, opartym na instrukcji, którą jadąc na Sejm zaprzysięgli — można było „odwołać się do braci". Polegało to na tym, że Sejm podejmował uchwałę obowiązującą te prowincje czy ziemie, które się na nią zgodziły, po czym zwoływano oporny sejmik i przedstawiano mu sytuację. Pokonany argumentem, iż salus reipublicae suprema lex esto, ustępował. Zdarzało się też, że wchodziła w życie norma lokalnie obowiązująca.

Niestety, kryzys gospodarczy i polityczny XVII w. pociągał za sobą regres kultury politycznej i prawnej. Spory w Izbie Poselskiej przybierały formy coraz ostrzejsze; coraz częściej przychodziło rezygnować z uchwalenia takiej czy innej normy prawnej, na którą nie było jednomyślnej zgody. Pojawiło się słynne liberum veto (wolne nie pozwalam) — sprzeciw niewielkich grup czy nawet jednostek, zrywających obrady. Ów pierwszy, słynny wypadek zerwania w 1652 r. Sejmu przez posła z Upity. Władysława Sicińskiego, polegał na proteście przeciw przedłużeniu obrad sejmowych, które mimo upływu sześciu tygodni nie doszły do konkluzji . Traf chciał, że marszałkiem Sejmu był wówczas znany pisarz polityczny, Andrzej Maksymilian Fredro, ideolog „złotej wolności"; uznał on, że zasada jednomyślności nie pozwala zlekceważyć sprzeciwu posła, któremu przysługuje przecież „głos wolny". Pożegnał więc króla i dopuścił do rozejścia się Sejmu na niczym.

Konsekwencje takiego protestu były groźne. Uchwały jednego Sejmu traktowano jako całość; sprzeciw, tamujący obrady, uniemożliwiał ich konkludowanie i czynił cały wysiłek bezskutecznym. Wypadki zrywania Sejmu zdarzały się coraz częściej. Zrywanie obrad, często będące konsekwencją zwalczających się grup magnackich, niejednokrotnie następowało z inicjatywy państw ościennych. Doszło wreszcie do tego, iż w trzydziestoleciu panowania Augusta III (1733-1763) jeden tylko Sejm, koronacyjny, nie został zerwany. Mimo poczucia bezsiły i niepokoju, towarzyszącego każdemu wypadkowi bezowocnego rozejścia się Sejmu, doktryna „złotej wolności" szlacheckiej broniła jednak „wolnego głosu" jako decyzji posła, za którą nie można go było pociągnąć do odpowiedzialności i z której nie musiał się przed nikim tłumaczyć. Obojętne, czy głos ten użyty był konstruktywnie czy destruktywnie, jako owe „wolne nie pozwalam", czyli liberum veto, traktowano go, obok wolnej elekcji, jako jedną ze „źrenic wolności".

Nie zdawano sobie sprawy, jak bardzo doktryna ta dyskredytowała ideę szlacheckiej demokracji, w której rzekomo „szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie". Nawiązując do znanego ze starego Testamentu targu Abrahama z Bogiem o liczbę sprawiedliwych, którzy uratowaliby Sodomę i Gomorę przed zniszczeniem, mawiano, że dzięki liberum veto „nie zginie Rzeczpospolita, póki choć jeden sprawiedliwy w niej się uchowa". Tym samym milcząco godzono się z przekonaniem, że większość składa się z tłumu czy motłochu, zaś ludzie światli i uczciwi stają się coraz to mniej liczni.

Ironią dziejów było, iż zdarzył się Sejm — mowa o Sejmie z 1773 r. — na którym jednostka w imię dobrej sprawy przeciwstawiała się ogromnej większości. Tadeusz Rejtan pragnął bowiem przy pomocy liberum veto uniemożliwić zgodę na zabór ziem Rzeczypospolitej. Los bezskutecznego sprzeciwu Rejtana dowiódł szlachcie potrzebę zniesienia liberum veto jaśniej niż całe traktaty polityczne.

Na jeszcze jeden smutny objaw braku politycznej kultury zwrócić należy uwagę — była nim ofensywa tak zwanej „prywaty". W instrukcjach sejmikowych dawanych posłom interes Rzeczypospolitej jako całości stawał się frazesem lub ginął zupełnie. Coraz więcej miejsca natomiast zajmowały lokalne, grupowe, a nawet jednostkowe interesy. Posłowie wiedząc, że z nich będą przede wszystkim rozliczani na sejmikach relacyjnych, załatwienia ich domagali się przede wszystkim.

Jednak ów okres regresu parlamentaryzmu polskiego nie powinien nam przesłaniać istoty tej instytucji, opartej na zdrowych zasadach. Zaledwie bowiem od 1764 r. rozpoczęto drobne reformy sejmików i Sejmu, a już osiągnięto godny uwagi skutek: w ostatnim trzydziestoleciu Rzeczypospolitej, 1764-1795, ograniczona została demagogia, nie zerwano już ani jednego Sejmu. Postęp ten przypisać należy podniesieniu się poziomu oświaty i wyrobienia obywatelskiego; dowiódł on, że — poza niektórymi — to nie instytucje parlamentaryzmu polskiego były złe, lecz ludzie do ich ram nie dorośli.

Niewielu bowiem zmian, wprowadzonych przez Konstytucję 3 Maja, było trzeba, aby powstał nowoczesny, dwuizbowy parlament, reprezentujący nie tylko szlachtę, ale i mieszczan, podejmujący uchwały większością głosów. Posłowie stali się reprezentantami całości Rzeczypospolitej, a nie tylko swojej ziemi, i nie zaprzysięgali już instrukcji. Pod względem struktury oraz organizacji pracy Sejm polski wytrzymywał porównanie z wieloma parlamentami europejski ani, nawet z pierwszej połowy XIX w. Niestety, po roku sprawnej i owocnej działalności, obalony zostaje przez Konfederację Targowicką.

Przekonanie, iż staropolski parlamentaryzm przeszedł w całości do historii po 1795 r., nie jest słuszne. Wpłynął on bowiem na dzieje ustroju ziem polskich po rozbiorach. Ościenne monarchie absolutne, zajmując terytoria Rzeczypospolitej. zakazywały natychmiast wszelkich zgromadzeń, aby uniemożliwić odbywanie sejmików. Nie postępowały jednak konsekwentnie. W zaborze austriackim i pruskim powołano do życia tak zwane sejmy postulatowe, pozbawione realnych kompetencji, ale mające wspaniałością formy zatrzeć pamięć o niewolnym oi wad, rozwichrzonym, nie uporządkowanym, ale wielkim parlamentaryzmie polskim. Owo zatarcie pamięci powieść się nie mogło; przeciwnie, we wszystkich zaborach czczono pamięć o ostatnim wielkim wysiłku Sejmu Czteroletniego, święcąc, często konspiracyjnie, datę 3 maja.

Kiedy cesarz Napoleon narzucał Księstwu Warszawskiemu w 1807 r. konstytucję budował w niej mocną władzę wykonawczą, zaś Sejm, zorganizowany na polskich wzorach, obdarzył nader skromnymi kompetencjami. Praktyka skorygowała te zamierzenie. Zdarzało się, że Sejm, po wyczerpaniu swego niewielkiego programu sesji, obradował nieformalnie nadal; stał się w ten sposób ośrodkiem kształtowanie opinii publicznej. Równie skąpo uposażony został w kompetencje Sejm Królestwa Polskiego działający na sesjach niejawnych dla publiczności. Wywiązywał się jednak dobrze ze swych obowiązków legislacyjnych, a kiedy wybuchło Powstanie Listopadowe poszerzył swój skład o przedstawicieli ziem zabranych przez Rosję i wzbogacił kompetencje, w pełni nawiązując do wzorców przedrozbiorowych.

Nie należy nawet pomijać Zgromadzenia Reprezentantów miniaturowej Rzeczypospolitej Krakowskiej. Dalekie od suwerenności, skromne także poziomem umysłowym swoich uczestników, przecież jednak podejmowało decyzje, dzięki którym Wawel stał się panteonem bohaterów narodowych.

W drugiej połowie XIX w., już tylko w zaborze austriackim działał Sejm krajowy o kompetencjach ograniczonych do spraw tak zwanej kultury krajowej i składzie dającym przewagę miejscowemu ziemiaństwu. Nawet i w jego obradach odzywało się niekiedy echo wielkiej przeszłości parlamentarnej, kiedy starano się o wyodrębnienie Galicji jako przyszłego Piemontu polskiego. Owemu echu zawdzięczać należy znaczną rolę, jaką odgrywali Polacy w parlamentach państw zaborczych w drugiej połowie XIX i w początkach XX w., w najtrudniejszych warunkach broniąc interesu narodowego. Tradycje zatem staropolskiego parlamentaryzmu nie wygasały, lecz ulegały modyfikacji w nowych warunkach politycznych. Ilekroć — jak w Księstwie, Królestwie czy w czasach autonomii galicyjskiej poszerzały się wąskie ramy swobód narodowych, do nich sięgano. Zdarzyło się to i po 1918 r., kiedy Sejm Ustawodawczy dokonał w krótkim czasie imponującego dzieła odbudowy ustroju państwa, wieńcząc tę pracę po dwóch latach Konstytucją Marcową. I dziś, skoro żyjemy w kraju w którym co kilkadziesiąt lat wiele budować musimy od nowa, dawna tradycja nie może tracić wartości.